poniedziałek, 25 kwietnia 2016

Wstęp i część pierwsza

Witam, jestem nałogowym maniakiem gatunku horror. Niestety, zapewne zauważyliście, że spora część tego gatunku nie straszy. Dlatego mam dla was coś nowego - horror jakiego nie znacie. Będzie to tradycyjny horror gotycki, którego akcja rozgrywa się "współcześnie". Jest to współczesność bliżej nieokreślona, ale na pewno nic związanego z historią. No to jedziemy i życzę zimnych dreszczy!

Rozdział Pierwszy.

Szkło zabrzękało pod kroplami jesiennego deszczu. Mimo iż mieliśmy do czynienia z rankiem, w górskiej miejscowości nie miało to znaczenia - góry na tyle zasłaniały słońce, że ciągle było dość ciemno. Nikmael przetarł oczy i przesunął ażurowy parawan, posrebrzany chromem. Ściany pokoju były czarne, tym bardziej, że odkąd powstał dom, nikt jeszcze ich nie odmalował. A kiedy powstał? Tego nie wiedział nawet Nikmael. Pamiętał tylko dzieciństwo, tego kiedy się urodził już nie. Ale już wtedy dom stał i już wtedy był ponury.

Nikmael swój wiek odmierzał kręgami jakie zostawały na lustrze, każdego roku odkąd skończył 13 lat. Lustro wyglądało jak figura geometryczna, która na dole miała prostokąt, na górze zaś półokrąg. Wisiało ono na ścianie od niepamiętnych czasów i nawet Nikmael nie miał w sobie na tyle odwagi by je zdjąć, ani by go rozbić. I choćby za nim znajdowało się tajemne przejście do komnaty skarbów, miał się tego nigdy nie dowiedzieć. Strach utkał w jego świadomości sieć niczym pająk, w której odwaga odgrywa rolę szerszenia zaplątanego w nici.

Jedynym, który w lustrze mógł się przeglądać był Księżyc. Lustro było tak ustawione, że o każdej pełni, srebrne lico ziemskiej satelity ustawione było doń równolegle i wpadając przez okno, białe światło odbijało się od zwierciadła.
Zeszłej nocy było jednak inaczej. Na starych kratach, Ismedona zawiesiła potargane płótna, po dawnych obrazach, na których jeszcze dało się rozpoznać rzeczy i postacie.

Ismedona była płci żeńskiej. Nie oznacza to jednak, że była kobietą, choć na taką wyglądała. Była czymś pośrednim między człowiekiem a duchem. Na oczach nosiła czarną opaskę i potrafiła unosić się ponad ziemią. Nikmael nigdy jej nie widział. Czuł tylko jej obecność. Budziła się zawsze o zmierzchu. Mieszkała w pomieszczeniu ponad nim, a gdy gdy to następowało, Nikmael z przerażeniem leżał n ieruchomo w swoim łóżku i próbował zasnąć. Zawsze był wtedy zlany potem i nie tylko - Ismedona rozbudzona pachniała, brzmiała jak szum drzew i prąd górskiego strumienia, a przez jej podłogę, a jego sufit przenikały krople orzeżwiającego źródła. Czasem tylko, gdy Nikmael zdobył się na odwagę, podchodził do wiecznie otwartych drzwi jej pokoju i płacząc stał tyłem do ściany, tak by nie mógł jej zobaczyć. Za dnia Ismedona znikała i na jej łóżku leżały tylko strzępy jej szat.

Nikmael nie rozmawiał z nikim odkąd skończył trzynaście lat. Teraz miał ich drugie tyle. Za dnia rąbał drewno, nabierał wody ze studni, bądź z gołą klatą biegał wśród paproci i drzew. Czyścił podłogę na kolanach, szorując ją dokładnie, cały czas pozostając w ogromnym milczeniu. Nie miał psa, miał kota. Czarny kot szybko jednak go opuścił. Kryształowy wazon, który rozbiła nadal leżał na podłodze jako pamiątka tego wydarzenia. I do teraz można znależć nam krople kociej krwi i czarnej sierści, choć minęło od tego już kilka lat, a wszystko leży pokryte kurzem i pajęczynami.

Ludzie z wioski dziwili się, czemu taka chata stoi na uboczu i z czego żyje jej jedyny mieszkaniec. Nie zbliżali się jednak do niej. Jedynie przy ścieżce do niej kobiety zostawiały soloną rybę i misę soczewicy, by nie budzić gniewu Nikmaela. On sam jednak nie wiedział dlaczego tak jest. Zjadał co mu podano i zostawiał puste naczynia.

Rozdział drugi

Niejednokrotnie Nikmaelowi śniła się w nocy długowłosa dziewczyna. Od smierci jego matki, była to jedyna kobieta jaką widywał. Jednak jego matki ona nie przypominała. Zawsze gdy widział ją w snach, miała mokre włosy i albo wychodziła z jeziora, albo znikała pod wodospadem. Ponieważ była naga, Nikmael mógł dojrzeć anatomiczne szczegóły, które ją od niego różniły. Sam jednak nie potrafił tego nazwać.

Gdy chłodnego poranka mgła wdarła się do chatki Nikmaela, on sam przeczuwał coś niedobrego. Echo górskie niosło dzwonienie dzwonów, jakie biły w wiosce. Słyszał je nieraz, ale tym razem ich brzmienie było wyjątkowo przejrzyste. Jesień zbliżała się wielkimi krokami. Ciemnoszary, żeliwny pomnikludowego artysty, pokryty był mchem i tłumił dźwiękowe fale hałasu. W powietrzu unosiło sie jednak coś apokaliptycznego... Ze wsi dobiegało szczekanie psów, niebo było spowite ołowianymi chmurami. Nikmael, gdy tylko wstał, wyszedł na podwórze i obmył twarz w zimnej wodzie ze studni.

Miał już opuszczać wiadro po skończonej toalecie, gdy w lustrze studziennej wody ujrzał jakąś postać. Przyglądał się chwilę, próbując dojść do siebie. Jak to możliwe, by ktokolwiek mógł tam mieszkać? Nikmael nie umiał wprawdzie zwerbalizować swojego zdziwienia, ale zaskoczony był. Wskoczył do wiadra i powoli, regulując łańcuch, opuszczał się w dół studni. Studnia była stara i pamiętała czasy, gdy w okolicy stał wielki zamek. A może nadal on stoi? Legenda mówi, że czasem nocą komuś udaje sie go ujrzeć - lecz ów osobnik, zwiedziony jego tajemniczością, znika razem z zamkiem pod ziemią.

Nikmael dobił do wody, ale nikogo w niej nie ujrzał. Zdjął białą, lnianą koszulę i wskoczył do zimnej toni. Ku jego zdziwieniu, studnia pod poziomem wody rozszerzała się, a co najdziwniejsze - gdy wypłynął poza obmurowaniem studni, znalazł się w ciemnej i wilgotnej komnacie. W oddali coś się jednak lśniło... Szybko podszedł do lśniącego przedmiotu i jego oczom ukazała się srebrna maska. Przymocowana była do twarzy - choć teraz już raczej czaszki - martwej kobiety. Płeć rozpoznał po zakurzonym stroju. Była to monumentalna suknia ze sztywnego materiału, z licznymi falbanami, która skrywała wyschnięty szkielet. Białe włosy jednak wyglądały na nietknięte zębem czasu.

Nikmael zdjął maskę z czaszki i założył ją na swoją twarz. Czemu to zrobił, sam nie wiedział. Nigdy w życiu nie widział maski. W tym momencie, szkielet poruszył się. Przestraszony Nikmael próbował zerwać maskę ze swej twarzy, ale nie był w stanie tego zrobić. Mocował się z nią długo, aż w końcu, przed jego oczami ujrzał kobiecą postać - była to owa martwa, choć teraz już żywa, kobieta z której zerwał maskę, a zarazem - dziewczyna z jego snu. Z jej szczupłego, acz krągłego ciała spadła stara suknia.

"Chodź za mną" - powiedziała, po czym odchodząc zniknęła w mroku. Nikmael poszedł za nią, poruszając się w całkowitej ciemności i idąc po omacku.

C.D.N.